Dawid & Marta. Plener ślubny w Budapeszcie.

Ja to mam szczęście do naprawdę fajnych Par. Jedną z nich jest Marta i Dawid, świetni ludzie, zakochani w sobie, zapatrzeni w siebie, ale nie tak smętnie, poważnie, na smutno, a tak radośnie, na luzie. Super sprawa, naprawdę. Świetnie dogadują się, wspierają, uzupełniają i widać na każdym kroku, że cieszy ich przebywanie ze sobą, spędzanie wspólnie czasu i bycie ze sobą. I powiem szczerze, czułem się w ich towarzystwie bardzo swobodnie i komfortowo, a fotografowanie czy to w dniu ślubu czy na plenerze było jednym pasmem śmiechu, luźnej atmosfery i wielu fajnych momentów.

 
Plener w dniu ślubu.
 
Tak naprawdę namiastkę zdjęć plenerowych mieliśmy już w dniu ślubu, kiedy w trakcie wesela w Hotelu Patver w Borkowie k/Kielc, Marta i Dawid podeszli do mnie mówiąc, że chcieliby kilka zdjęć we dwójkę, na zewnątrz, tuż obok sali, w której odbywało się przyjęcie. Pogoda sprzyjała, miejsce też, słońce akurat zachodziło, więc warunki były idealne. Na zdjęcia poświęciliśmy kilka minut, a ze wszystkich zrobionych wtedy zdjęć, najbardziej lubię te, takie jakie najbardziej lubię robić, pod słońce, ukochanym obiektywem Canon 85/1.2L II właśnie na maksymalnie otwartej przysłonie.  A co w ogóle myślę o zdjęciach plenerowych w dniu ślubu? Jeśli chodzi o jakieś większe sesje plenerowe, to raczej nie jest to dobry pomysł z wielu względów, chociażby ryzyka ubrudzenia sukni i garnituru, a przez to ograniczonego pola manewru jeśli chodzi o miejsca, sytuacje. Drugą istotną sprawą na nie, jest opuszczenie na dłuższy czas przyjęcia, gości. Tak nie powinno być, a z kolei plener przed ślubem wiąże się jednak z pracą przy gorszym świetle, w wyższych temperaturach w miesiącach letnich, a co za tym idzie z ryzykiem wystąpienia oznak zmęczenia na twarzach, braku świeżości, ryzykiem uszkodzenia makijażu, fryzury, a ponadto dochodzi wspomniane ryzyko ubrudzenia strojów ślubnych przed najważniejszymi momentami tego dnia, czyli ceremonią i weselem.

A co z krótkim, kilkunastominutowym mini plenerem na przykład właśnie w trakcie wesela? Jestem jak najbardziej za. Zostaje tylko zabawa, Młodzi przez ten czas mogą chwilę odetchnąć, na spokojnie nacieszyć się sobą, a przy okazji można przez te kilka chwil zrobić naprawdę fajne i ciekawe zdjęcia, takie które będą stanowiły pamiątkę i które mogą okazać się wystarczające jeśli chodzi o ten typ zdjęć. Tak, że polecam wszystkim uciec na chwilę gdzieś na bok i zrobić te kilka czy kilkanaście zdjęć a’la plener.

 

Plener ślubny w Budapeszcie.
 

Marta i Dawid jednak już od samego początku wiedzieli, że będą chcieli mieć dodatkowy plener w innym dniu po ślubie, w którymś z miejsc, które uwielbiają, w którym chcą mieć zdjęcia i z którym mają mnóstwo dobrych wspomnień. A ponieważ uwielbiają podróżować, zwiedzać, wybór padł na Budapeszt, miasto które znają, lubią i w którym nie mieli jeszcze zdjęcia… na ławeczce. Tak, tak, właśnie na ławeczce, bo niejako stało się to ich tradycją, że w każdym z odwiedzanych miejsc robią sobie pamiątkowe zdjęcia na ławeczkach. Ja Budapeszt kojarzę bardziej ze zdjęć, bo choć przejeżdżałem przez niego bodajże 2x, to było to w czasach, kiedy nie było nawigacji tylko mapy i zamiast rozglądać się na lewo i prawo, podziwiać budynki, ulice, to na farta, czasem kierując się położeniem słońca, skupiałem się na jeździe i skutecznym przejechaniu tego naprawdę ciekawego i pięknego miasta nie myśląc nawet o zatrzymaniu się i zwiedzeniu go, co było dużym błędem.

Z tego całego pleneru, z wyjazdu, zdecydowanie najmniej przyjemna była jazda samochodem, zwłaszcza że ok 23 wróciłem z wakacji, a o 4 rano Marta z Dawidem podjechali po mnie. Z Kielc do Budapesztu jest niby blisko, bo troszkę pond 500 km, ale jedzie się niestety przez Słowację, a każdy, kto po niej trochę jeździł, to wie jaka to jazda 🙁 Wąskie drogi, niekończące się tereny zabudowane, mnóstwo ograniczeń prędkości i policja, radary, fotoradary, które mogą być i często są dosłownie wszędzie. A kiedy dochodzą jeszcze lokalne korki, chwila przerwy, to te 500 km robi się w praktyce w ok. 8-9 godzin.

Po tej tak naprawdę męczącej drodze meldujemy się w hotelu, a za oknem zaczyna grzmieć, błyskać, padać. Oooo, ciekawie, ale patrzę na prognozy, radary pogodowe i ta burza ma trwać godzinę. Akurat tyle, żeby Marta i Dawid mieli czas na odświeżenie się, ubranie w suknię ślubną i garnitur, a ja na chwilę drzemki i przygotowanie sprzętu na plener. I tak sobie myślę, w sumie fajnie, że jest ta burza, odświeży trochę otoczenie, będzie chłodniej, przyjemniej… o jaki ja byłem głupi i naiwny licząc na taki cud w pierwszej połowie lipca. No ale, Młodzi gotowi, ja przygotowany, szybkie ustalenie co, jak i gdzie i ruszamy. Co do miejsc to zdałem się w 100% na Martę i Dawida, którzy znali Budapeszt, miejsca w których chcieli zdjęcia i sposoby dotarcia do nich. Tak, że wychodzimy z hotelu i… gorące powietrze i niesamowita duchota aż zwalają z nóg. Na szyi aparat, na plecach plecak i pas z dwoma sakwami z obiektywami. I punkt nr 1 naszej wycieczki, Góra Gellerta. To było miłe 2 km spaceru w tym upale objuczony sprzętem, a potem wspinaczka na górę. Marta i Dawid też odczuli i pogodę i marsz, ale z drugiej strony sami tego chcieli 😉 A na górze Cytadela, piękny widok na Dunaj, na Zamek Królewski w Budapeszcie, na mosty nad Dunajem, w tym słynny Most Łańcuchowy (Most Széchenyiego). Wszystko piękne, fajne ciekawe, tylko jest trochę problem ze zrobieniem zdjęć, bo turystów mnóstwo, a wszędzie krzaki, żywopłoty i drzewa. Ale dla chcącego nic trudnego. Marta i Dawid nie mieli wyjścia, po ławeczce, gzymsie musieli wejść na dość wysoki i wąski murek i licząc na to, że nie spadną pobyć na nim chwilę. A ja na podobny murek musiałem wejść troszkę dalej i tym sposobem udało się zrobić pierwsze zdjęcia z panoramą Budapesztu w tle.  Na szczęście nikt z nas nie spadł i mogliśmy iść dalej, Dawid prowadził, a ja co jakiś czas gubiłem się, bo jakiś widoczek wpadał mi w oko i koniecznie chciałem go sfotografować. Ta fotografia to jednak choroba 😉

Kolejną naszą „miejscówką” był Zamek Królewski wraz z całą okoliczną infrastrukturą. O jak tam było pięknie. Kościół św. Macieja, Baszta Rybacka, cała architektura, budowle, detale zachwycały, a widok na Budapeszt z okalających zamek murów i baszt zapierał dech w piersi. Całość uzupełniały tłumy turystów, ale jakoś trzeba było sobie radzić.

Powoli zaczęło się ściemniać, a w planach mieliśmy jeszcze zdjęcia na najsłynniejszym i najbardziej fotogenicznym moście w Budapeszcie, Moście Széchenyiego, potocznie zwanego Mostem Łańcuchowym, tak że dość szybko zeszliśmy w kierunku Dunaju, żeby złapać jeszcze trochę światła. Hmm… na moście ruch niesamowity, samochody, autobusy, motorowery jechały praktycznie bez przerwy. Po chodnikach po obu stronach mnóstwo ludzi przechodziło z jednego brzegu Dunaju na drugi, niby fajnie, jest życie, ale zarówno ja jak i Marta oraz Dawid chcieli mieć kilka zdjęć, na których byliby sami. Na szczęście udało się.

Kolejny dzień, w piątek, zaraz po wczesnym śniadaniu, a przed wymeldowaniem się z hotelu odwiedziliśmy okolice niesamowitego budynku Parlamentu Węgierskiego, gdzie dokończyliśmy sesję plenerową, w tym zrobiliśmy obowiązkowe zdjęcia na ławeczkach. Tam było już dużo spokojniej, nie było jeszcze tylu turystów, a pogoda była dużo bardziej przyjazna. Po czym zahaczając o brzeg Dunaju i okolice Bazyliki św. Stefana, wróciliśmy do hotelu, przebraliśmy się, zrobiliśmy małe zakupy i ruszyliśmy w drogę powrotną do Polski.

Co mogę powiedzieć o samym Budapeszcie? Chyba to, że liznąłem go, zerknąłem na niego, za co jestem niezmiernie wdzięczny Marcie i Dawidowi, którzy byli świetnymi przewodnikami. Budapeszt bardzo, a to bardzo spodobał mi się, jest pięknym miastem, z cudownymi zabytkami, wspaniałą architekturą, śmiesznymi kwotami w forintach i… językiem węgierskim, którym ani mówić ani czytać 😉 Na pewno chciałbym tam wrócić prywatnie, tak na spokojnie, pozwiedzać. Ale na plener też pewnie jeszcze z chęcią wybrałbym się. Marta i Dawid jeszcze raz dziękuję za fajną przygodę i za to, że jesteście naprawdę świetną Parą.






Sorry, the comment form is closed at this time.